Wracamy ze spaceru. Ciepły, sierpniowy wieczór, trzymamy się za rękę. Już całkiem pod domem zaczynasz rozwijać myśl, która Ci od kilku dni krąży po głowie. - Kiedyś będę duża, a ty będziesz mała. I ja będę cię przytulać i karmić cię tito. - Tak, pysiu? I co jeszcze? - Będę ci dawać owsiankę na śniadanie. Z bananem i kiwi. A jak zrobisz kupę, będę ci myć pupę w łazience. I będę cię nosić w chuście. I ty będziesz robiła w swojej malutkiej kuchni, a ja w dużej. I będę ci kupowała wszystkie pieluszki, w ptaszki i w kwiatki, i w trawkę, i w auta, i w chodnik. - Dziękuję, małpeczko. A kiedy to będzie? - Kiedy cię urodzę. Bo będziesz u mnie w brzuszku i ja cię urodzę, i ja będę duża, a ty będziesz mała.
macierzyństwo otwarło mi oczy. trochę jakbym miała wcześniej wszystko watą owinięte albo jakiś filtr włączony, i nagle jestem tu i teraz. jakby mi się nagle włączył dodatkowy zmysł odpowiedzialny za percepcję dodatkowego wymiaru. zmieniła mi się percepcja czasu - z cyklicznego na linearny. zmieniła mi się percepcja śmierci, co jest szczególnie cenne, bo straciłam w ubiegłym roku bardzo bliską osobę i chociaż nie potrafię wciąż przejść tej żałoby, to jednak urodzenie dziecka mocno wtłoczyło mi w fakt odchodzenia aspekt naturalności i dodało nowe odcienie. ustaliła mi się hierarchia wartości, które wcześniej były płynne i tak naprawdę nie stawiały mnie przeważnie w sytuacji wyboru albo-albo. obecnie muszę wybierać, co bywa frustrujące, ale też coraz częściej uświadamia, że każde NIE powiedziane innym, to TAK powiedziane sobie. zrobiłam się dorosła. mam wylane na niemiłych ludzi, jestem asertywna i wiem czego chcę. mam coraz mocniej wylane na dojeżdżające teksty mojej mamy, któ...