Kochana Kaczuszko!
Rok temu mniej więcej o tej porze, po dwóch dniach szykowania się, postanowiłaś opuścić statek-matka i wylądować na tej planecie. Był ciepły, ale nie upalny, czerwcowy wieczór; akurat trwało Boże Ciało, a śpiewająca procesja przeszła nieco wcześniej pod naszym blokiem. Byliśmy tam w czwórkę, ja, Tata, położne Wiola i Beata. Ja nie spałam od wielu, wielu godzin, bo Twoje przyjście na świat zwiastowały mocne skurcze od wieczoru wcześniej. Udawało mi się tylko troszkę zdrzemnąć w przerwach. Tata zmęczony po całym dniu, Wiola, która wieczorem nas zbadała i poszła spać, a przyjechała o piątej rano, bo ją o to poprosiłam, tak mocno bolało. I Beata, która wkroczyła na sam koniec, i dodała nam wszystkim energii na długie ostatnie chwile.
Cały ten dzień, kiedy Cię rodziłam, pamiętam jak przez mgłę. Byłyśmy obie w długiej, kosmicznej podróży, ja lewitowałam po Ciebie coraz wyżej, coraz bardziej tracąc kontakt z ziemią, a Ty płynęłaś do mnie. Wszystko działo się powoli i spokojnie, moje ciało czekało tak długo, jak było to konieczne. W końcu nadszedł ten moment, kiedy otwarło się całkiem, a ja byłam już zupełnie w innym świecie. Nie potrafię przypomnieć sobie, ile to trwało, ale pamiętam, że byłam kompletnie zmęczona bólem i bezczynnością, i tym, że jestem wobec powolnego porodu bezradna jak ryba wyrzucona na brzeg. Myślałam, że już nigdy nie urodzę i zawsze będziemy tak obie wisieć nad przepaścią, prawie-matka i prawie-urodzone, ale wtedy Beata powiedziała, że już mogę dotknąć Twojej główki. Była ciepła, śliska i twarda, pod palcem poczułam Twoje włoski. Więc spięłam się jeszcze i jeszcze, i po chwili ucisk i ból się skończył, a Twoje ciałko wypłynęło z brzucha jak mała foka. Od razu krzyknęłaś, a ja od razu, w tej sekundzie, wróciłam na ziemię. Wiola i Beata zdjęły mi koszulkę i podały mi Ciebie do rąk. Pomogły też położyć się na kanapie. Byłaś taka cieplutka, maleńka, pachniałaś świeżo jak powietrze po burzy w środku lata. Po pewnym czasie urodziło się łożysko. Babcia, Dziadek i Bebe przyjechali Cię powitać i nakarmić nas rosołem. Babcia odcięła pępowinę, a Dziadek stał tylko i nie mógł nic powiedzieć ze wzruszenia. Potem ja poszłam się umyć, a tuleniem Ciebie zajął się Tata. Byłam przeokropnie zmęczona. Bolało mnie wszystko, całe ciało, mięśnie mi drżały i nie dałam rady się wyprostować, ale czułam też olbrzymią energię. Na początku byłam zdziwiona tym, co się wydarzyło, tą naszą wyprawą w inny wymiar, tym że jesteś tutaj i teraz, i już nie kopiesz mnie przed snem, ale szybko ze zdziwienia zrobiło się absolutne zakochanie bez względu na wszystko.
Ten trud i zmęczenie były warte wszystkiego, co się stało. Tego, że Cię mamy, że urodziłam Cię sama, bez środków medycznych, w spokoju własnego domu. Tego, że od tego czasu uważam moje ciało za najwspanialszą machinę życia, skoro sprowadziła na ten świat Ciebie, małpeczko. Nigdy nie pomyślałabym, że od porodu tak wiele zależy! Ale tak jest. Wspominam ten dzień i mam łzy wzruszenia w oczach. Bo wtedy nie tylko Ty się narodziłaś, ale ja też narodziłam się dzięki Tobie jako mama.
Kochana Kaczuszko, Kilka dni temu skonczyłaś dwa miesiące. Jesteś najsłodszym, najśliczniejszym dzidziusiem na świecie. Ciągle nie możemy się na Ciebie z tatą napatrzeć. Robisz różne śmieszne miny, machasz grubonikowymi nóżkami, łapiesz nieporadnie zabawki. Czasami uśmiechasz się do kogoś, albo w przestrzeń po prostu, i wszyscy miękną. A czasami płaczesz tak strasznie, tak rozpaczliwie, że płaczę razem z Tobą, chociaż generalnie Twój płacz trochę mi już spowszedniał, bo zazwyczaj wystarczy zmienić pieluchę albo Cię nakarmić. Od jakichś pięciu dni jest bardzo ciężko. Po szóstym tygodniu zaczęłaś jako-tako się stabilizować. Przesypiałaś noce z jedną pobudką, potem zauważyliśmy, że ziewasz między 20 a 21 i z...
Komentarze
Prześlij komentarz